Prolog
czwartek, 18.marca.2010, 20:50
Otóż, drodzy moi, "sytuacja kształci się tak", ze opowiadanie owe jest podmiotem tworzonym przez dwie persony. Pierwszą z nich jestem ja, czyli Skrzat, Precel etc., natomiast drugą jest przyjaciółka która "jest spoczi", ale jeszcze nie wymyśliła swojego pseudonimu. I to właśnie jej autorstwa jest ów prolog.
Lato roku 1966 było gorące i niemal bezwietrzne. Jedynie nieliczne dni przynosiły sporadyczne opady deszczu. Jednak taka pogoda najwyraźniej nie szkodziła pięknym, wielokolorowym kwiatom, rosnącym w równych rządkach przy niewielkim domku stojącym na obrzeżach miasteczka Shoreham w południowo-wschodniej Anglii na terenie hrabstwa Kent. Budynek ten był skromny, ale zadbany; ściany pomalowano na jasnobrązowo, dach wyłożono ciemną dachówką, a w większości okien stały wypielęgnowane rośliny doniczkowe. Na zadaszonym ganku, wygrzewając się w promieniach porannego słońca, drzemał młody, szary kot.
Dom należał do Emily i Samuela Lupinów- młodego małżeństwa czarodziejów, wspólnie wychowujących swojego sześcioletniego synka Remusa, obecnie siedzących przy śniadaniu w kuchni.
-Myślę, że wybiorę się dzisiaj na Pokątną, kochanie. – Samuel Lupin – wysoki, ciemnowłosy mężczyzna o miodowych oczach, schowanych za prostokątne okulary w czarnych oprawkach - uśmiechnął się do siedzącej naprzeciwko żony znad filiżanki kawy. –Chyba najwyższy czas kupić nam nową sowę, nie uważasz?
Emily zmierzyła męża uważnym spojrzeniem zielonych oczu.
-Akurat dzisiaj, kiedy przychodzą do nas Catray’owie?
Samuel wzruszył ramionami i z dziwną gorliwością zabrał się za pochłanianie swojej kanapki z szynką.
-Dzisiejszy dzień jest dobry jak każdy inny… - stwierdził, przełykając. – Poza tym powinienem się wyrobić do ich przyjścia.
Pani Lupin pokręciła ze zrezygnowaniem głową, wywołując tym samym falowanie swoich długich, prostych, jasnobrązowych włosów.
-Kiedy ja się ze wszystkim wyrobię? I kto się zajmie Remmym? Nie mogę zajmować się wszystkim sama! – Spojrzała na męża z wyrzutem.
-Kochanie… - Samuel sięgnął przez stół i chwycił jej dłoń. –Nie jesteś przecież sama. A Remusa wezmę ze sobą, żeby ci nie przeszkadzał. – Mrugnął łobuzersko do siedzącego nieopodal syna. - Co ty na to, Rem? Idziesz ze mną?
-Idę!- Sześcioletnia pociecha państwa Lupin, z entuzjazmem uderzyła dłońmi o stół, wywołując brzęczenie leżących na nim naczyń.
-Widzisz? Uwiniemy się raz-dwa i zaraz będziemy z powrotem.
Emily westchnęła tylko, lecz nie odpowiedziała.
Samuel skończył śniadanie, dopił kawę i wstał od stołu, zacierając ręce.
-Obiecuję, że nie spóźnię się na przejście Catray’ów- powiedział, całując żonę w policzek. – Wybieramy się na wycieczkę, więc nie grymaś za długo nad jedzeniem. – Przechodząc potargał dłonią jasnobrązowe włosy syna i wyszedł z kuchni.
Pół godziny później podekscytowany Remus przybiegł do ojca, podskakując przy każdym kroku. Samuel uśmiechnął się lekko na widok nieporadnie zawiązanych sznurowadeł syna i dyskretnym ruchem różdżki poprawił ich stan.
-To, co? Idziemy?
-Tak!
-Tylko pamiętaj, że obiecałeś się nie spóźnić. – Emily położyła dłoń na ramiona Remusa i spojrzała na niego łagodnie. –Przypilnuj tatę, żeby nie wracał zbyt późno, dobrze? – Pocałowała chłopca w czoło.
-Dobrze, mamo. – Remus odwrócił się do ojca i spojrzał na niego z powagą, w taki sposób, jak tylko dzieci potrafią. –Tato, nie wolno ci się spóźnić!
-Zrozumiałem! – Samuel ze śmiechem wziął syna na ręce i posłał żonie buziaka. –Kochanie, możesz być pewna, że się nie spóźnimy. Remmy mi na to nie pozwoli. – Z ozdobnego pudełeczka leżącego nad kominkiem zaczerpnął trochę proszku Fiuu i rzucił je na palenisko. Zapłonęły zielonkawe płomienie. Samuel obdarzył Emily szerokim uśmiechem i zdecydowanym krokiem wkroczył w ogień.
-Ulica Pokątna!
Niedługo potem ojciec wraz z synem przeglądali hałaśliwą zawartość Centrum Handlowego Eeylopa. Remus z fascynacją właściwą swojemu wiekowi zaglądał do każdej klatki, akwarium i przegrody, chłonąc wrażenia całą dostępną uwagą.
-Tato! Patrz! Tu jest żaba! Cała zielona!
-Tak, Remmy. - Samuel uśmiechnął się przelotnie. –Ale przyszliśmy tu po sowę, a nie żabę, pamiętasz?
Chłopiec pokiwał energicznie głową i pobiegł w stronę klatek z sowami.
-Ale ich dużo!
-Właśnie dlatego cię wziąłem. Musisz mi pomóc wybrać.
-Witam panów. – Zza szafy z klatkami wyszła młoda ekspedientka. Plakietka na piersi informowała dumnymi, czerwonymi literami, że nazywa się Hannah. –Szukają panowie czegoś?
-Sowy!
-Chcielibyśmy kupić sowę pocztową, bo nasza stara… - Samuel zerknął na syna, nieustannie wpatrującego się w ptaki -…nie może już… eee…
-Rozumiem. –Hannah uwolniła mężczyznę od trudnej sztuki tworzenia eufemizmów i wskazała dłonią na niezbyt cichy „asortyment”. –Jak pan widzi, mamy bardzo szeroki wybór. Czy mają panowie już jakiś typ?
-Podoba ci się jakaś, Rem?
Remus zamyślił się nad problemem i jeszcze raz przejechał wzrokiem po klatkach. W końcu na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
-Ta. – Wskazał palcem na dość dużą, szarą sowę, z zainteresowaniem obserwującą trójkę stojących przed nią ludzi. –Ta jest fajna.
-Widzi pani – Samuel spojrzał na ptaka, który został uznany przez jego syna za „fajnego”. –Chyba mamy już zwycięzcę.
Hannah skinęła tylko głową i zabrała się za wyciąganie zwierzęcia z klatki.
Dziesięć minut później Samuel i Remus siedzieli w lodziarni, a młody, szeroko uśmiechnięty Florian Fortescue biegał za zamówieniami z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. Najmłodszy członek rodziny Lupinów z radością pałaszował stojące przed nim lody, a głowa tejże obserwowała przechodniów znad filiżanki kawy, od czasu do czasu rzucając przelotne spojrzenie na pałaszującego syna.
-Kogo ja widzę! –Do stolika dosiadł się William Hattaway - wielki mężczyzna z rudą brodą, która od razu zaimponowała Remusowi swoim ogromem, zasłaniając praktycznie połowę twarzy przybysza i najbliższe jej pół metra po bokach. –Co tu robisz, Sam?
-Wybraliśmy się z Remmym po nową sowę. –Samuel klepnął dłonią stojącą przy jego krześle klatkę, na co siedzący w środku ptak zareagował pełnym protestu skrzeczeniem.
-A nie boisz chodzić z synem po mieście?
-Czemu miałbym się bać?
-No wiesz… -William nachylił się konspiracyjnie. –Po tej całej aferze z Greybackiem…
Samuel zgromił go wzrokiem.
-Nie rozumiem, o czym mówisz - powiedział lodowatym tonem.
Ogromny mężczyzna uniósł ręce w obronnym geście.
-Spokojnie. Skoro nie przywiązujesz do tego wagi to tylko powinienem pozazdrościć ci spokoju i opanowania, ale ja na twoim miejscu…
-Z tego, co wiem, nie jesteś na moim miejscu, William – przypomniał mu sucho Samuel. Remus, słysząc ton ojca przerwał na moment pochłanianie lodów i spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem. Ten, zerknąwszy na jego zaskoczoną buzię, uśmiechnął się wymuszenie i pogłaskał syna po głowie.
-Poza tym, nie powinieneś wierzyć we wszystkie plotki, jakie usłyszysz. – Samuel siląc się na pogodny ton, spojrzał Williamowi w oczy. –Nie wszystkie są prawdziwe.
-No, cóż… - William wzruszył ramionami i wstał od stolika. –W takim razie, miło mi było cię spotkać
-I wzajemnie.
Chwilę później Remus brzęknięciem łyżeczki o pusty pucharek zakomunikował, że skończył już konsumpcję. Samuel machnięciem różdżki usunął resztki lodów z jego buzi i zatarł dłonie.
-Co, Rem? Możemy już wracać?
-Nie wolno nam się spóźnić – przypomniał chłopiec ojcu, kiwając głową z mądrą miną. –Mama będzie zła jak się spóźnimy.
-Właśnie. – Pan Lupin skinął dłonią na przebiegającego obok Floriana, chcąc mu zapłacić. Wziął syna za rękę i z lewitującą w niewielkim oddaleniu za plecami klatką udali się w stronę najbliższego miejsca podłączonego do sieci Fiuu.
Gdy wrócili do domu Remus od razu pobiegł do kuchni, skąd dobiegały odgłosy gotowania.
-Mamo, mamy sowę!
-Cieszę się. –Emily za pomocą różdżki kontrolująca cały kuchenny chaos związany z gotowaniem, przytuliła syna i pocałowała go w czoło.
-Mówiłem, że się nie spóźnimy? – Samuel uśmiechnął się z samozadowoleniem, na co żona spojrzała na niego z pobłażaniem.
-Jestem z ciebie dumna.
-Chodź, Rem, zaniesiemy naszą nową sowę do jej nowego domu. –Mężczyzna mrugnął do syna porozumiewawczo i razem opuścili kuchnię. Remus, wychodząc, uśmiechnął się do matki tym swoim niewinnym, dziecięcym uśmiechem.
Emily, widząc to, poczuła ciepło w sercu, lecz jednocześnie z bólem uświadomiła sobie jak łatwo byłoby skrzywdzić jej sześcioletnią pociechę. Wzdrygnęła się lekko i, pokręciwszy energicznie głową, aby odgonić podobne myśli i wróciła do gotowania.
Wieczorem, gdy Catray’owie pożegnawszy się wylewnie, opuścili, ku niewypowiedzianej uldze Samuela, dom Lupinów, Emily zabrała się za sprzątanie, a Remus siedział w salonie i bawił się z kotem. Pan Lupin przez chwilę obserwował bawiącego się syna, lecz w końcu udał się do kuchni, żeby pomóc żonie w porządkach.
Remusa jeszcze przez jakiś czas całkowicie pochłaniała rozrywka, jakiej dostarczał kot Scraf, biegając po całym salonie za wirującą, srebrną kulką, która rzucona w odpowiedni sposób potrafiła przetoczyć się po ścianach, a nawet niekiedy po suficie. Jednak zabawę przerwało wejście matki, która szybkim ruchem, złapała toczącą się akurat po ścianie obok framugi drzwi kuleczkę i spojrzała na chłopca pogodnie.
-Remmy, czas iść już spać.
Buzia dziecka wykrzywiła się nieznacznie.
-Nie jestem zmęczony, mamo.
-Jest już późno, a ty…
-Mogę jeszcze iść zobaczyć sowę?
-Teraz? – Emily zawahała się.
-Jeszcze tylko raz! Proszę, mamo! – W miodowych oczach Remusa pojawił się błagalny wyraz.
-Och… - już wiedziała, że tę batalię przegrała. –No dobrze. Zawołam tatę…
Chwilkę potem niezwykle zadowolony Remus i tajemniczo uśmiechnięty Samuel szli w stronę znajdującej się na tyłach domu ptaszarni. Księżyc świecił tak jasno, że pan Lupin nie musiał nawet używać zaklęcia Lumos, żeby wyraźnie widzieć drogę. Trzymał jedynie rękę chłopca, aby ten przypadkiem nie zgubił się w półmroku.
Nagle mężczyzna poczuł silny niepokój, a ułamek sekundy później jakiś ledwie zauważalny z prędkości kształt wyskoczył znienacka i z wielką siłą porwał Remusa, wyrywając jego dłoń z uścisku ojca.
-Remus! – Przerażony Samuel wyszarpnął różdżkę z kieszeni i wycelował ją w stronę, gdzie zniknął napastnik wraz z jego synem. –Drętwota! Drętwota! Remus!!!
Niemal natychmiast usłyszał głuchy odgłos bezwładnego upadku. Nadal trzymając różdżkę w gotowości pognał w kierunku dźwięku.
-Lumos! – Strumień światła padł na niewielką sylwetkę leżącą w całkowitym bezruchu na ziemi.
Remus…
-Mój Boże! Remus! – Samuel przypadł do nieprzytomnego syna i z przerażeniem zauważył mocno krwawiące ugryzienie na jego ramieniu. Wziął chłopca na ręce i, nie myśląc wiele, deportował się do Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga. Niemal w tym samym momencie podbiegła do niego recepcjonistka, trzymając w pogotowiu różdżkę.
-Co się stało? – Zapytała, od razu przechodząc do rzeczy.
Mężczyzna pokręcił głową z rozpaczą wymalowaną na twarzy.
-Nie wiem!
-Episkey. – Rana na ramieniu Remusa przestała krwawić, a recepcjonistka skinęła ręką na przebiegającego nieopodal uzdrowiciela. –Pierwsze piętro!
Starszy mag uśmiechnął się przelotnie do roztrzęsionego Samuela i odebrał od niego chłopca.
-Mo… możliwe, że oberwał też drętwotą… - powiedział pan Lupin zanim uzdrowiciel deportował się na odpowiedni oddział.
-Proszę się uspokoić. – Recepcjonistka położyła mu dłoń na ramieniu. –Pański syn jest w dobrych rękach.
Samuel jedynie spojrzał na nią z przerażeniem i ukrył twarz w dłoniach.
Po ciągnącej się w nieskończoność półgodzinie, w czasie której pojawiła się również Emily, do czekających z niepokojem państwa Lupinów podszedł ten sam uzdrowiciel, który wcześniej odebrał Remusa z rąk ojca. Z jego twarzy nie dało się wyczytać niczego. Samuel, widząc go, wstał.
-Wiem jak to brzmi, ale mam dla państwa dwie wiadomości.
-O Boże… - Emily zakryła usta dłonią.
-Spokojnie. Państwa syn żyje i dojdzie do siebie. – Starszy mag zamilkł na chwilę i splótł palce pod linią cienkich ust. –Z tym, że… Wszystko wskazuje na to, że został ukąszony… przez wilkołaka.
Z wciąż zasłoniętych ust Emily wydobył się zduszony jęk. Samuel usiadł i objął mocno żonę.
-To pewne?
-Niestety tak. Przykro mi. –Uzdrowiciel zwiesił nieco głowę. –Jednak ludzie z tym żyją…
Ostatnie słowa maga, nie wiedzieć czemu, ogromnie zirytowały Samuela. Zacisnął mocno szczęki.
-Dziękujemy panu – wycedził, siląc się na spokój.
Czarodziej tylko skinął głową i odszedł. Emily, cała drżąca od tłumionego szlochu, przytuliła się mocniej do męża. Ten machinalnie zaczął gładzić ją po włosach. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak źle.